Jeśli Ukraina wybierze wojnę do zwycięskiego końca…Felieton Gennadija Druzenki

Gennadij Druzenko autor felietonu "Jeśli Ukraina wybierze wojnę do zwycięskiego końca...

Jeśli Ukraina wybierze wojnę do zwycięskiego końca…Felieton Gennadija Druzenki

Gennadij Druzenko – ukraiński prawnik, eseista, tłumacz i intelektualista. Uczestnik Rewolucji Godności, współzałożyciel i szef Centrum Demokracji Konstytucyjnej oraz weteran Pierwszego Ochotniczego Mobilnego Szpitala im. Mykoły Pyrohowa (PDMSz).

Jest oczywiste, że retoryka Wołodymyra Zełenskiego dotycząca dążenia do pokoju to nic innego jak zasłona dymna. Jej prawdziwym celem jest zamaskowanie faktu, że postawiono na dalszą eskalację konfliktu.

Oficjalny przekaz brzmi: oferujemy Putinowi rozejm, ale ponieważ ma on obsesję na punkcie zniszczenia Ukrainy, nie mamy

innego wyjścia, jak tylko stale podbijać stawkę.

Nie wierzę jednak, że Putin dąży do okupacji całej Ukrainy i fizycznej eliminacji wszystkich Ukraińców. Gdyby

rzeczywiście miał obsesję na punkcie tej idei fiks, na ukraińskim froncie walczyłoby nie 700-tysięczne, lecz co

najmniej 7-milionowe zgrupowanie okupacyjne. Maksimum, na jakie Rosja może liczyć przy użyciu sił i środków

obecnie zaangażowanych w Ukrainie, to dotarcie do granic obwodu donieckiego i podbicie całego Donbasu. A

nawet ten cel stoi dziś pod dużym znakiem zapytania.

Brutalna matematyka frontu

Spójrzmy na inne, chłodne kalkulacje. Całkowita liczebność Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej to 1,535 miliona

żołnierzy.

Z kolei Siły Zbrojne Ukrainy liczą obecnie ponad 800 tysięcy osób. Do tego dochodzi rosyjska

Rosgwardia (340 tysięcy ludzi) oraz ukraińska Gwardia Narodowa (do 100 tysięcy). Oznacza to, że nawet gdyby

Rosja zdecydowała się rzucić do walki wszystkie swoje regularne wojska, a Ukraina nie przeprowadziła dodatkowej

mobilizacji, przewaga liczebna Rosjan wynosiłaby niespełna 2:1. Przy takim stosunku sił agresor może marzyć o

blitzkriegu, ale na pewno nie o ostatecznym zwycięstwie nad tak zaprawioną w bojach i zaawansowaną

technologicznie armią, w jaką wojna przekształciła ukraińskie siły zbrojne. Tym bardziej że stosunek strat

bezpowrotnych wynosi obecnie, według niektórych szacunków, 1:8 na korzyść Ukrainy.

Jeśli odrzucimy emocje, liczby jasno pokazują, że obecne siły i środki Putina mogą (choć wcale nie muszą)

wystarczyć do okupacji Donbasu, ale są zdecydowanie zbyt małe, by marzyć o zajęciu i kontrolowaniu całego

terytorium Ukrainy. Liczby to uparta rzecz. Właśnie dlatego w tej wojnie stawia się na wyczerpanie wroga,

destabilizację kraju i wywołanie wewnętrznego wybuchu społecznego, a nie na klasyczną okupację całego terytorium

za pomocą konwencjonalnych sił . Z tego powodu podbijane i odbijane terytoria mają w tym konflikcie znaczenie

raczej symboliczne. O ostatecznym wyniku zadecyduje zdolność do zjednoczenia, głęboka mobilizacja,

nowoczesne technologie i efektywność zarządzania, a także gotowość do znoszenia strat, dyskomfortu, cierpienia i

bólu dłużej niż przeciwnik.

Iluzja dyplomacji i lekcja z historii autokracji

Co to w praktyce oznacza? Jeśli nie jesteśmy gotowi uczynić kontrolowanych obecnie przez Ukrainę części Donbasu

przedmiotem negocjacji kończących konflikt, musimy zdać sobie sprawę, że czeka nas długa wojna. Nasze

dyplomatyczne ofensywy oraz próby „przeniesienia wojny do domów przeciętnych Rosjan” zamiast skłonić ich do

buntu przeciwko Putinowi, prędzej ich zmobilizują, nadając starciu egzystencjalny sens typu „albo my ich, albo oni

nas”. Protesty i palenie flag narodowych w geście sprzeciwu wobec bezsensownej wojnie w odległym kraju są

możliwe w demokracjach – w autokracjach mechanizmy społeczne działają zupełnie odwrotnie. Jesienią 1944

roku, gdy klęska III Rzeszy była już przesądzona, aż 80% zmobilizowanych z braku dorosłych mężczyzn 16-18-

letnich Niemców dobrowolnie zgłosiło się do wojska.

Wybierając scenariusz długiej wojny do samego końca, musimy być przygotowani na dramatyczne konsekwencje:

1.Wiek mobilizacji zostanie obniżony do co najmniej 21 lat.

2.Liczba zwolnień i odroczeń od służby (rezerwacji) zostanie radykalnie ograniczona.

3.Gospodarka straci wolnorynkowy charakter, stając się coraz bardziej socjalistyczna i etatystyczna.

4.Przestrzeń wolności obywatelskich i praworządności będzie się stale kurczyć, ustępując miejsca samowoli

władzy oraz cenzurze.

5.Katastrofa demograficzna ulegnie gwałtownemu przyspieszeniu.

6.Przemoc jako narzędzie perswazji ostatecznie zastąpi merytoryczne argumenty.

7.Ludzkie życie ulegnie drastycznej dewaluacji.

8.Poziom, średnia długość oraz ogólna jakość życia drastycznie spadną.

9.Rozwarstwienie majątkowe i nierówności gwałtownie wzrosną.

10.Nepotyzm i korupcja zaczną rozkwitać na niespotykaną dotąd skalę.

11.Infrastruktura państwa ulegnie głębokiej i nieodwracalnej degradacji.

12.Cmentarze będą rosły w zastraszającym tempie.

Głos z frontu, a nie z bezpiecznych tyłów

Wojna – zwłaszcza ta toczona do ostatecznego zwycięstwa – ma swoją cenę. I może to być cena przekraczająca

nasze możliwości, niezależnie od tego, co mówią zwolennicy walki do samego końca, zwłaszcza ci piszący z

zagranicy lub z (na razie) bezpiecznych tyłów.

Chcę jasno podkreślić: nie wzywam do „oddania Donbasu Putinowi” ani do kapitulacji. W 2014 roku ruszyłem na

front jako wolontariusz, w 2016 roku otrzymałem status uczestnika działań bojowych (UBD), a w 2025 roku zostałem

zmobilizowany i pomimo kategorii „ograniczonej zdolności do służby” nie ukrywam się na bezpiecznym tyłowym

stanowisku. Moja rodzina dała Ukrainie trzech weteranów wojny rosyjsko-ukraińskiej i jestem z tego niezwykle

dumny.

Rosyjskie służby zresztą nie bez powodu interesują się moją skromną osobą. Ten tekst nie jest

manifestem kapitulanta ani renegata – jest przypomnieniem, że wszystko na tym świecie ma swoją cenę.

Decydując się na podbicie stawki, trzeba mieć świadomość, że przeciwnik niemal na pewno zrobi to samo. Jeśli

dążysz do całkowitego zniszczenia wroga i nie dopuszczasz innych scenariuszy zakończenia wojny, musisz

zrozumieć, że on również znajduje się w sytuacji wyboru: „zwycięstwo albo śmierć”. Ostatecznie Wietnamczycy

wygrali swoją wojnę o niepodległość dlatego, że byli gotowi zapłacić cenę o rząd wielkości wyższą niż Amerykanie.

To samo można powiedzieć o współczesnym Iranie w relacjach z USA czy o starciu Związku Radzieckiego z III

Rzeszą.

Choć z natury jestem człowiekiem pokoju, osobiście nie boję się wojny do zwycięskiego końca. Moja własna walka

z Rosją trwa już przecież dłużej, niż dzieci potrzebują na ukończenie szkoły. Przeraża mnie jednak coś innego:

ukraińskie społeczeństwo w najmniejszym stopniu nie jest dziś gotowe na wojnę totalną. Najbardziej radykalni

„patrioci” (często będący dezerterami czy koniunkturalnymi fanami postaci takich jak Portnikow czy Sternenko) to

ludzie, którzy osobiście nie zapłacili i nie zamierzają zapłacić żadnej ceny za swój głośny patriotyzm – dla nich to po

prostu źródło corocznych zysków. I właśnie dlatego obawiam się, że ta „wojna egzystencjalna” może nie

zakończyć się tak, jak malują to zawodowi patrioci. I tego lęku nie potrafię w sobie zagłuszyć

Rozmowa z Gennadijem Druzenką w programie „Świat W Którym Żyjemy” cz.1

Rozmowa z Gennadijem Druzenką 


Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest
Pocket
WhatsApp

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *