Korupcja, wojna i słabnąca legitymacja hetmana. Dokąd prowadzi nas NABU?
Korupcja w czasach pokoju budzi odrazę. Jednak w dobie wojny o przetrwanie państwa nabiera ona zupełnie innego, krwawego wymiaru. Każda skradziona hrywna lub dolar to bezpośredni wyrok śmierci wydany na ukraińskich żołnierzy na froncie. Gdy brakuje sprawnego reanimobilu, nowoczesnego sprzętu medycznego, drona czy systemów walki elektronicznej (WRE), płaci się za to najcenniejszą walutą – ludzkim życiem. Na Ukrainie trwa jednak walka, która choć szlachetna w swoich założeniach, może niechcący uśmiercić samego pacjenta.
Korupcja jako cecha systemu i morderstwo na froncie
Przez dwanaście lat działalności Pierwszego Ochotniczego Szpitalom Mobilnego (PDMSh) można było wielokrotnie zaobserwować bezlitosny związek przyczynowo-skutkowy: brak państwowych środków na froncie oznacza natychmiastowe straty w ludziach. To z powodu braków technicznych i sprzętowych ktoś ginie, ktoś inny zostaje inwalidą na całe życie, a jeszcze inni decydują się na samowolne opuszczenie jednostki (SZCz) . Z tego powodu korupcja w czasie wojny nie jest zwykłym przestępstwem gospodarczym – to morderstwo w najczystszej postaci. Należy z nią walczyć bezwzględnie, lecz z chirurgiczną precyzją, aby wycinając nowotwór, nie doprowadzić do zgonu operowanego organizmu państwowego.
Od derywatów do kryptowalut – ewolucja grabieży
Niestety, korupcja nad Dnieprem od dawna przestała być jedynie błędem systemowym (bugiem), a stała się jego integralną cechą (feature) ułatwiającą zarządzanie krajem. Motywacją absolutnej większości ludzi idących po władzę pozostaje chęć kradzieży. Zmieniają się jedynie techniki i rządy kolejnych „monarchów elektoralnych”. Ekipa Janukowycza kradła miliardy w gotówce, otoczenie Poroszenki posługiwało się skomplikowanymi instrumentami pochodnymi (derywatami), natomiast współczesna generacja rządzących preferuje nowoczesne kryptowaluty.
Kiedy walka z korupcją staje się spektaklem politycznym
Choć widok milionów dolarów upchniętych w sejfie wysokiego urzędnika prokuratury budzi głębokie obrzydzenie, warto trzeźwo przeanalizować konsekwencje działań ukraińskiego Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU). Służba ta już dawno ewoluowała z klasycznego organu ścigania w gracza politycznego, który znacznie lepiej radzi sobie z reżyserowaniem porywających thrillerów medialnych niż z dowodzeniem winy przed niezawisłym sądem.
Krąg podejrzeń wokół prezydenta i topniejąca legitymacja
Jeżeli oprzeć się na nagraniach i plotkach dystrybuowanych przez NABU, wyłania się z nich porażający obraz: najbliższe otoczenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego to niemal wyłącznie złodzieje i łapówkarze. Na liście bohaterów tych taśm znajdują się kluczowe postacie ukraińskiej sceny politycznej: Jermak, Czernyszow, Smirnow, Mudra, Stefaniszyna, Reznikow, Szurma, Szewczenko, Tatarow czy Umierow.
Nawet jeśli założyć, że organy antykorupcyjne nie mają bezpośrednich zarzutów wobec samego prezydenta, to elementarna logika zmusza społeczeństwo do wyciągnięcia jednego z dwóch wniosków: albo głowa państwa wykazuje się skrajną naiwnością i brakiem znajomości ludzi, albo w sposób w pełni świadomy obsadza kluczowe urzędy przestępcami. Efekt? Z każdą kolejną spektakularną akcją NABU faktyczna legitymacja prezydenta topnieje w oczach niczym marcowy śnieg .
Ryzyko wielkiego chaosu: pucz, watażkowie i koniec NABU
W świadomości społecznej zaczyna dominować przekonanie, że prezydent jest albo naiwniakiem (frajera), pod którego nosem bezkarnie okrada się krwawiący kraj, albo sam uczestniczy w tym procederze jako utajony beneficjent. Co więcej, władza „elektoralnego cara” opiera się na bezwarunkowym uznaniu jego prawa do karania i ułaskawiania przez resorty siłowe. Kiedy NABU bezkarnie i publicznie uderza w najbliższe otoczenie prezydenta, mundurowi zaczynają powątpiewać w realną siłę swojego przywódcy. Przypomina to sytuację z czasów prezydentury Wiktora Juszczenki, gdy dniepropietrowski „Berkut” szturmował Prokuraturę Generalną.
Politycznym skutkiem działań biura antykorupcyjnego jest więc systematyczna delegitymizacja prezydenta. W normalnych warunkach historycznych mogłoby to zostać uznane za naturalny proces demokratyczny – Zełenski powiela bowiem schemat swoich poprzedników, przynosząc wielkie nadzieje, a następnie jeszcze większe rozczarowanie, podczas gdy jego otoczenie bajecznie się bogaci kosztem ubożejącego narodu. Jednak proces ten rozgrywa się w trakcie brutalnej wojny totalnej, w której stawką jest dalsze istnienie Ukrainy, a innego legitymowanego Naczelnego Dowódcy do jej końca mieć nie będziemy.
Między hetmanami, „szucherem” a dyktaturą siły
Podważanie autorytetu głowy państwa to otwarta droga do klęski wojennej – bo nikt nie chce oddawać życia za lidera pozbawionego autorytetu – lub do wojskowego zamachu stanu. Ani NABU, ani rozdrobniony parlament, ani rząd nie posiadają konstytucyjnych narzędzi ani autorytetu, by sprawnie kierować wojną o niepodległość. Ukraińcy do walki potrzebują silnego przywódcy – prawdziwego hetmana.
Jeśli naród codziennie dowiaduje się, że hetman jest nieudolny bądź skorumpowany, podczas gdy stolica cierpi z powodu wrogiego terroru, na obronę brakuje środków, a mobilizacja zaczyna drastycznie przypominać tragiczne, sowieckie branki z lat 1943–1945 na terenach odbijanych spod okupacji, wybuch społeczny wisi na włosku. Jeśli hetman straci miano prawdziwego lidera, realna staje się groźba „otamanszczyzny” – czyli anarchii i rządów lokalnych watażków wojskowych. Ani szef parlamentu Rusłan Stefanczuk (który formalnie przejąłby obowiązki prezydenta), ani mogący go zastąpić Dawyd Arachamia nie posiadają potencjału, by poprowadzić naród do zwycięstwa.
Ostateczna ironia tej sytuacji polega na tym, że jeśli w wyniku tego chaosu do władzy dojdzie dyktator wojskowy, his pierwszym krokiem będzie natychmiastowa likwidacja NABU. Nie posiadając bowiem legitymacji prawnej, będzie musiał opierać się wyłącznie na prawie siły i budować bezwzględnie lojalny wobec siebie aparat ucisku.
Szlachetna, lecz prowadzona bez politycznego wyczucia walka NABU z korupcją na szczytach władzy może paradoksalnie otworzyć drzwi do wielkiego zamętu („szucheru”), który zagrozi samemu istnieniu państwa.



















